|
12.07.2017
Z Kluczborka do Miami - reportaż
Poznajcie bliżej Łukasza Opalińskiego, o którym wspominaliśmy tu
wcześniej. Dziś więcej o jego drodze od marzeń do sukcesu. Na co dzień
mieszka w Miami, gdzie projektuje ekskluzywne meble, jachty i samochody.
Zaprojektował pierwszy na świecie jacht z otwieranymi burtami. Można się
na nim poczuć się jak na małej wyspie.
Projekty Łukasza zachwycają oryginalną formą inspiracjami czerpanymi z
natury. Swoje pierwsze meble zrobił w piwnicy bloku na kluczborskim
osiedlu, gdzie mieszkał. Miał wtedy 15 lat, chodził do technikum
mechanicznego. - To były jakieś stoliki, jeden
z wyszperanych gdzieś aluminiowych rurek, w drugim noga przenikała przez
szklany blat – wspomina z uśmiechem narodziny pasji.

Droga z warsztatu w piwnicy osiedlowego bloku do nagród w konkursach dla
designerów, do stworzenia jedynego w swoim rodzaju fotela w kształcie
rododendronu wartego 60 tys. dolarów, czy jedynego na świecie jachtu z
otwieranymi burtami, zaprowadziła Łukasza najpierw do Anglii. Wyjechał
tam po maturze, żeby się usamodzielnić. Imał się mnóstwa zajęć, ciężko
fizycznie pracował, żeby się utrzymać, bez języka i pieniędzy na start.
Dzięki pracy jako kierowca ciężarówki szybko opanował angielski
(słuchając radia na dalekich trasach), trafił na moment do modelingu,
myślał też o pracy instruktora tenisa, w którego grał od dziecka, ale
cały czas w głowie było projektowanie. Droga do niego wydawała się
najtrudniejsza, ale nie umiał porzucić marzeń.
Przełomem okazał się pewien mail, wysłany do renomowanej angielskiej
szkoły designu. Po tym jak pięć razy z rzędu odrzucono jego podania
zamiast machnąć ręką, napisał do władz uczelni maila. Zaczynał się od
słów: „Mam nadzieję, że ten list czyta prawdziwy człowiek, a nie
automat...” i opisał wszystko co czuł, o swoich marzeniach, o pasji, o
projektowaniu, które najwyraźniej było jego przeznaczeniem, bo …
odpisali.

Nie tylko został przyjęty, ale jako studenta pierwszego roku dopuszczono
go do prestiżowego pokazu dla absolwentów szkół designu z całej Anglii.
Zgłosił go do niego wykładowca uczelni, tej samej, która wcześniej
kilkakrotnie odrzucała jego podania. Wystawił fotel, który nazwał „Purple
chill”. Pracował nad nim – od projektu do wykonania – w wolnym czasie, w
przerwach między zajęciami. Był zrobiony z owczej skóry. Fioletowej.
Rywale oprotestowali udział Łukasza w pokazie, napisali do organizatorów
konkursu, że to łamanie regulaminu, bo chłopak nie jest absolwentem, a
gdy to nic nie dało, przenieśli „Purple chill” w najodleglejszy kąt
hali, w której odbywał się pokaz. Na niewiele się to zdało.
Przeznaczenie dopadło Łukasza w zakamarku industrialnego wnętrza.
Fioletowy fotel wypatrzyli bowiem właściciele firmy, zajmującej się
przetwarzaniem owczej skóry. Firma była sponsorem konkursu, a owcza
skóra jego motywem przewodnim. Student pierwszego roku Łukasz Opaliński
wygrał konkurs dla absolwentów. A ci sami studenci, którzy wcisnęli jego
fotel w kąt, bili brawo gdy odbierał nagrodę.
- Nagroda nie miała znaczenia. Czułem, że to co
robię ma moc, mimo że wcześniej tyle razy szkoła mnie odrzuciła
– wspomina.
Rok później historia się powtórzyła. Jako student drugiego roku ponownie
wygrał konkurs dla absolwentów i ponownie za fotel. Tylko tym razem nikt
nie upychał jego projektu w kącie. Zresztą i tak na niewiele by się to
zdało, bo mebel w kształcie liścia rododendronu tak czy owak zwracał
uwagę kształtem, forma, materiałem. Po prostu zachwycał. Inspiracją dla
„Indulgence”, bo tak nazywa się ten model, była natura.
- Natura zaprojektowała wszystko, my możemy się
tylko inspirować – mówi Łukasz.
Natomiast jego „rododendron” zainspirował firmę, która na prestiżowym
pokazie dla absolwentów szukała nowych talentów. Wybrali Łukasza ,
zaproponowali współpracę i kupili prawa do kilku jego projektów.
Wdrożyli je do produkcji, nie na masową skalę, gdyż jeden na ten
przykład „Ingludence” kosztował 65 tys. dolarów, więc edycje były
limitowane. Na całym świecie sprzedano kilkanaście sztuk „rododendrona”.
Ale Łukasz nie został milionerem, jak nabywcy jego foteli. Nie myślał o
zysku, pochłaniało go tworzenie. Inwestował w pasję.
9 lat temu zamienił deszczowe Southampton i Londyn na upalne Miami. Pod
wpływem impulsu. Nie był to wykalkulowany kolejny krok w karierze. Znów
zaczynał od początku. Żeby się utrzymać na starcie grał w klubach na
bębnach i uczył gry
w tenisa. Ale przeznaczenie nie odpuszczało. Marzenia wróciły.
Zainspirował się miejscem. Floryda to wszak „jachtowe centrum
wszechświata”. - Pomyślałem o zaprojektowaniu
łodzi – wspomina tamte początki. Choć z technicznego punktu
widzenia nie miał o tym pojęcia, nie licząc żeglowania w dzieciństwie po
Jeziorze Turawskim.

Pierwszy model, który narysował wysłał do renomowanego magazynu „Boats
International” i… opublikowali. A potem otworzyła się szansa na udział w
najważniejszym pokazie jachtów na świecie w Fort Lauderdale. Szukał
stoczni, która dałaby mu możliwość zaprojektowania jachtu w oparciu o
swoją platformę, czyli coś w rodzaju jachtowego podwozia. To przyspiesza
potem produkcję.
- Jedna z jego pierwszych ultra-nowoczesnych
koncepcji jachtu motorowego miała prezentację na znanym Fort Lauderdale
International Boat Show. Kilku dużym europejski, stoczniom spodobały się
się moje projekty. Dostałem propozycję zaprojektowania 85-metrowego
jachtu – wspomina Łukasz.
Czy można w przypadku jachtów wymyślić cokolwiek nowego poza
oryginalnymi detalami. Okazało się, że można. Chciał, żeby ten jacht
wyglądał jak pływająca wyspa. Tak powstał Project Magnitude – jedyny na
świecie jacht z otwieranymi burtami.
Projekt miał prezentację w Abu Dhabi Yacht Show 2010. Od tego czasu
projekt Magnitude zyskiwał coraz większą sławę i coraz większe
zainteresowanie. Yachting Industry i International Media pomogły w
promocji (prezentację Magnitude na Youtube obejrzało 8,5 mln internautów
!) projektu. - I nadal pomagają w rozwoju mojej
marki, podczas gdy ja pracuję nad nowymi ekscytującymi projektami
– mówi Łukasz.
Nie byłoby Magnitude bez Johna Hensona, emerytowanego kapitana,
inżyniera, doradcy marynarki wojennej. Zachwycił się projektami modego
Polaka jeszcze na pokazie w Fort Lauderdale. Zaprzyjaźnili się. Henson
stał się nauczycielem i mentorem Łukasza. Nie ograniczał jego śmiałych
wizji, pomagał znaleźć kompromis między designerską kreatywnością a
żelaznymi zasadami projektowania jednostek pływających.
- Mój brak technicznej wiedzy w tym obszarze
okazał się w sumie pomocny. Jak w tym przykładzie, kiedy grupa ludzi
głowi się nad rozwiązaniem jakiegoś problemu i stwierdzają na podstawie
swojej wiedzy i doświadczenia, że się nie da. Aż przychodzi ten, który
nie wie, że się nie da i znajduje rozwiązanie. Jacht z otwieranymi
burtami? Mówili mi, że się nie da, że to wbrew temu czego uczą. Ale się
udało. Wszystko co wiem o jachtach, wiem od Johna Hensona. Doradzał,
pomagał, dyscyplinował, woził po świecie w poszukiwaniu inspiracji
– wspomina Łukasz, który w końcu na pół roku „zacumował” w Australii by
projektować pod okiem mentora i zaprzyjaźnionych fachowców.
- W projekcie Magnitude znalazłem harmonię
między nieoczywistą formą i funkcją, jak w moim „rododendronie” i wielu
innych projektach. Cel nie może ograniczać formy. – uważa i
tego w swoich koncepcjach dowodzi.
Cena produkcji jedynego na świecie jachtu ze względu na koszty
produkcji, idąca w wiele milionów dolarów, czyni zeń produkt luksusowy
dla ludzi naprawdę bajecznie bogatych. Dlatego powstał projekt tańszej
jego wersji, bardziej dostępny.
Projektując Łukasz nie kierował się zyskiem. Tworzenie, przełamując
schematy, jest dla niego ważniejsze, bardziej podniecające niż liczenie
zer na koncie. Przykład? Barowy stolik z „doklejonymi” doń stołkami,
jako jeden kompaktowy mebel w kształcie kieliszka z drinkiem. To jeden z
projektów Łukasza pod nazwą, a jakże „Gin&tonic”. Projekty luksusowych,
użytkowych, zaskakujących formą mebli szybki zyskiwały nabywców.
Trudniej było z projektami luksusowych, jedynych w swoim rodzaju,
jachtów. Szukał ich przez jakiś czas po świecie. Tymczasem pierwszy
klient znalazł go sam. I był to... polski biznesmen. Przyjechał dobić
targu do Kluczborka, gdzie Łukasz przyjechał w odwiedziny do rodziny.
Projekt z otwieranymi burtami wymagał oczywiście korekty (jacht ma być
krótszy) oraz dostosowania do i tak niemałej ceny jaką zaoferował
zachwycony oryginalnym designem nabywca.
W międzyczasie Łukasz „odpłynął” w stronę projektowania wnętrz
większych, np. restauracji i mniejszych – ostatnio mieszkanie w Maroko.
Lecz nadal nie rozstaje się z projektowaniem mebli. Łóżkiem jego
projektu zainteresowała się bardzo znana polska marka.
Projekty Łukasza Opalińskiego zdobywają na świecie coraz więcej
klientów, którzy są w stanie za jego niestandardowe pomysły zapłacić
duże pieniądze. Może więc inwestować i inwestuje coraz więcej w rozwój
swojego designerskiego biznesu.
- Mając dostęp do własnych funduszy, mam
możliwość inwestowania w realizację nowych pomysłów. Dlatego biznesowa
część mojej działalności staje się coraz bardziej istotna –
dodaje.
I podkreśla: - Skupiam się na tworzeniu
projektów produktów, które egzystują w harmonii z natura. Od sposobu
produkcji
i użytych materiałów poprzez ich użycie aż do utylizacji. Pełna
symbioza...
Łukasz Opaliński był w czasie swojego pobytu w Polsce w powiatowym
Inkubatorze Przedsiębiorczości. - To świetna
idea
i przemyślany model wsparcia dla tych, którzy startują w biznesie od
zera, tak jak jak kiedyś, życzę im powodzenia
i wytrwałości, a sukces przyjdzie sam, gdy biznes jest oparty na pasji.
A poza tym ktoś kiedyś powiedział: „Jeśli możemy sobie coś wyobrazić,
możemy to zrobić! I ja jestem chyba tego przykładem – kwituje
z uśmiechem.
Tekst o Łukaszu Opalińskim ukazał się również w
folderze powiatowego
Inkubatora Przedsiębiorczości: „Klimat dla
biznesu”.
Autor: M. Kluf
Archiwum wydarzeń:
2002 |
2003 |
2004 |
2005 |
2006 |
2007 |
2008 |
2009 |
2010 |
2011 | 2012 |
2013 |
2014 |
2015 |
2016 |
2017 |