|
26.03.2013
Felieton o... kontrolowanym psuciu
„Świat jest na tyle duży, aby zaspokoić potrzeby wszystkich. Ale zawsze
będzie za mały, by zaspokoić chciwą jednostkę.”
/Mahatma Ghandi/.
Dlaczego pralka, którą kupiliśmy niedawno, zepsuła się tuż po upływie
terminu gwarancji producenta?
Dlaczego drukarka komputerowa, o której stan techniczny bardzo dbaliśmy,
w podobnym okresie czasu i bez widomej przyczyny, nagle się zepsuła?
Czy przypadkowo awarii ulegają urządzenia techniczne, które kupiliśmy
dwa - trzy lata temu, natomiast nadal pracują te stare- z przed
piętnastu, dwudziestu lat?
To nie jest przypadek.
Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu… .
W początku lat dwudziestych XX wieku producenci żarówek zgodnie doszli do
wniosku, że grożą im poważne problemy finansowe, gdyż popyt na żarówki
stale maleje.
Po starannej analizie ustalono, że przyczyną spadającego popytu nie jest
niechęć konsumentów z tej, bardzo nowoczesnej wówczas formy oświetlenia,
lecz…. zbyt dobra jakość produkowanych żarówek.
Były one tak trwałe, że świeciły bezawaryjnie wiele tysięcy godzin, więc
konsumenci nie mieli potrzeby kupowania nowych, a zyski
producentów żarówek stale malały.
Wymyślono, że jedynym sposobem na napędzenie koniunktury jest
zaprogramowane zepsucie, tego co się tak doskonale udało wyprodukować.
Po długotrwałych i kosztownych eksperymentach stworzono nowy, gorszy
rodzaj żarówek, których trwałość ograniczono do około 1.000 godzin
pracy.
No i produkcja ruszyła od nowa.
Analogicznemu procesowi "udoskonalenia" poddano znane wszystkim tworzywo
sztuczne o nazwie nylon, które – jako pierwotny produkt, było
praktycznie niezniszczalne.
Tylko po co producentom rajstop taki wyrób, który nigdy się nie podrze?
Podobna strategia produkcji stosowana jest przez współczesnych
producentów.
Tworzone współcześnie wytwory myśli technicznej mogą być tak doskonałe,
że praktycznie wieczne.
Wysłany w kosmos wraz z teleskopem Hubble’a komputer sterujący, to
archaiczny pecet model 386 (dzisiaj już nawet niektórzy informatycy nie
wiedzą co to za ustrojstwo), który od kilkudziesięciu lat pracuje
prawidłowo i bezawaryjnie.
Natomiast w sklepach, średnio co kilka miesięcy, pojawiają się coraz to
nowe produkty informatyczne, których żywotność odbiega o całe lata
świetlne od ich poprzedników.
Jeżeli nawet nasz trzyletni komputer będzie nadal technicznie w dobrym
stanie, jego system operacyjny nie obsłuży najnowszych aktualizacji
oprogramowania.
Żyjemy w świecie „zaprojektowanej awaryjności” , gdzie konstruktorzy już w
fazie projektowania „uśmiercają” swoje dzieła w sposób
planowy.
Wspomniana drukarka posiada wbudowany w jej system elektroniczny mały
układ, który spowoduje, że ulegnie uszkodzeniu nieopłacalnemu do naprawy
po około 5 tysiącach wykonanych wydruków, chociaż z powodzeniem mogła by
ich wykonać około 15 tysięcy.
Jako przykład może służyć znana firma Apple, która swojego IPoda nano 1G
wyposażyła w baterie tak krótkiej żywotności, iż „przedobrzyła”: baterie
te ulegały awariom po bardzo krótkim okresie użytkowania (jeszcze przed
upływem udzielonej przez producenta gwarancji), a ich przegrzewanie się
doprowadziło nawet do kilku pożarów.
Po serii procesów Apple zmieniło baterie na nowe i o większej
pojemności.
Praktyki tego rodzaju są powszechne: akumulatorki mobilnych urządzeń
elektrycznych są wbudowane na stałe i bez możliwości ich wymiany, co w
przypadku ich awarii skutkuje koniecznością zakupu nowego urządzenia,
podzespoły samochodowe stanowią nitowane fabrycznie monobloki
uniemożliwiające jakąkolwiek naprawę poza autoryzowanym serwisem,
telewizor już nie składa się z części elektronicznych, lecz całych płyt
mieszczących agregaty podzespołów.
Wszystkie te urządzenia zostały tak stworzone przez producentów, aby w
razie wystąpienia awarii potrzebne do naprawy części kosztowały więcej
od nowego sprzętu.
Nieustanna potrzeba wymiany sprzętów spowodowanej jego sztucznym i
zaplanowanym postarzaniem napędza rynek towarów konsumpcyjnych., ale też
obciąża odbiorców finalnych kosztami postępu technicznego.
Proces ten ma swoich zwolenników jak i przeciwników: jedni twierdzą, że
planowana awaryjność napędza koniunkturę rynków globalnych i toruje
drogę postępowi technicznemu oraz powszechnej zamożności, natomiast ci
drudzy podnoszą, iż wykorzystywane do produkcji „jednorazówek” surowce i
energia stanowią marnotrawstwo zasobów naszej planety oraz drenują
konsumenckie kieszenie napędzając sztuczny popyt i szaloną koniunkturę
technologiczną.
A odpady?
Przecież jest recykling.
Tylko że odpady elektroniczne zawierają wielkie ilości metali ciężkich,
a ich przetwarzanie wymaga ogromnych nakładów finansowych i
specjalistycznych technologii, których kosztami obciąża się – kogo?
Oczywiście nabywców nowych produktów- i kółko się zamyka.
Poza tym, o wiele taniej jest gromadzić takie odpady z dala od ludzkich
oczu (najlepiej w biednych krajach, których rządy za garść dolarów lub
euro zgodzą się na każdy „biznes” z wielkim kapitałem.
Gromadzone w setkach tysięcy ton śmieci elektroniczne leżą sobie i leżą
bez żadnego zabezpieczenia gdzieś w Afryce równikowej, powoli rozkładają
się, a produkty tego rozkładu wypłukiwane są przez deszcze do wód
gruntowych.
Co dalej, można się tylko domyślać.
Jedno jest pewne, niezależnie od tego która ze stron sporu ma rację,
nasze pieniądze trafiają na rachunki bankowe wielkich koncernów
producenckich, które kreują mody i trendy sterując przy pomocy
nachalnych reklam naszą świadomością.
Proces ten proroczo przewidział ponad sześćdziesiąt lat temu mądry
człowiek z Indii: dla chciwej jednostki świat to za mało.
Janusz Kuliberda, powiatowy rzecznik
konsumentów
(tekst przygotowany dla kluczborskiego
„Spikera”).
|